Rozdział 2.

2009-02-16 14:27:04

 
  Pani Wena przyszła bardzo nieoczekiwanie, ale też szybko sobie poszła. Ten rodział jest trochę gorszy od pierwszego, moim skromnym! zdaniem, aczkolwiek ocenę pozostawiam Wam. Mam nadzieję, że sytuacja trochę się wyjaśniła. Proszę o wyrozumiałość, pochwały i bezczelną krytykę. 
  
 

   Zimowy dzień w Petersburgu zdawał się nie różnić od innych, wypadających w tę samą porę roku. Za oknem była ogromna zawieja, wspomagana przez spadające płatki śniegu i denerwujących ludzi, którzy właśnie szli zrobić zakupy do pobliskiego sklepu. Mruczeli coś ciągle do siebie nawzajem, ale ich słowa tonęły gdzieś w połowie drogi, bezczelnie zabierane przez wiatr.

   Pachniało gorzkimi łzami. Tysiące, a może nawet miliony łez kapały na przezroczystą posadzkę ogromnego domu w Petersburgu. Tysiące zielonych macek ogarniało umysł Anastazji, by potem nie wypuścić z niej nic, prócz zatęchłych myśli i przewróconej prawdy. Ciągle te same słowa, te same odruchy. Wszystko to samo.

            - Anastazjo? – odezwała się cicho mała dziewczynka. – Anastazjo, jesteś tutaj?

            Anastazja warknęła coś niezrozumiale w odpowiedzi. Nie zamierzała zwierzać się tej niedojrzałej panience z jej problemów sercowych. Tak samo, nie chciała jej opowiadać o tym, jak bardzo tęskni za swoim lokajem, Robertem, a także za Karolem [który wyjechał tylko na parę dni]. Ewidentnie miała jej dosyć.

            - Anastazjo! – zawołała głośniej, tłumiąc śmiech. – Doskonale wiem, że jesteś w swoim pokoju!

            Anastazja zacisnęła mocniej zęby, by później je delikatnie rozluźnić. Jej młode ręce zacisnęły się na papierosie, który właśnie trzymała w ręce. Była typową rosyjską ignorantką, jeżeli chodziło o zdrowie i pochodzenie. Nie obchodziło jej to, że powinna zachować pozory, co do jej manier, a także to, żeby starać się je zachować.

            - Tak. – powiedziała przeciągle arystokratka. – Jestem tutaj. Może powinnam ci teraz dać rubla, żebyś sobie poszła i zawołała kogoś bardziej odpowiedniego na swoje miejsce?

            Mała dziewczyna – Victoria – weszła pospiesznie do jasnoniebieskiego pokoju i szybko zamknęła drzwi. Była niewysoka, natomiast jej tusza pozostawała wiele to życzenia. Co prawda, nie miała grubych ud, a z brzucha nie wylewały się fałdy tłuszczu, ale nie miała talii, jaką powinny mieć dziewczęta w jej wieku. Na jej niewielkiej, rumianej twarzy malował się delikatny, miły dla oka, uśmiech. Jej szyja, chociaż mała, nie wtapiała się denerwująco w kołnierzyk jedwabnej sukienki. 

            - Och, nie. Twoja siostra kazała Ci przekazać, że za chwilę masz spotkanie z kuzynkami w sali jadalnej. Naprawdę, powinnaś zawołać nianię, aby pomogła ci w wyborze stroju, a także ułożenia twojej niesamowitej fryzury.

            - Z kuzynkami, tak powiedziała? – rzekła cicho Rosjanka i zagryzła jasnoróżową wargę.

            - Dokładnie tak powiedziała. – zamrugała oczami siostrzenica i natychmiast je zmrużyła. – Dlaczego powtarzasz, to co mówię?

            - Wydaje ci się. – zbyła ją szybko i wypchnęła za drewniane drzwi. – Kuzynki.. Karolu! Karolu! – zawołała, tańcząc przy tym.

            Długo nie słyszała żadnych kroków, chociaż powinna – jej pokój znajdował się zaraz przy drzwiach na drugie piętro. Dopiero potem rozległ się lekki stukot butów arystokraty o kamienną posadzkę. Jego kroki, już z daleka, zdawały się być dostojne, pełne denerwującego poczucia humoru i pewności siebie. Najdroższy rosyjski projektant mody nie powstydziłby się ani jego sposobu chodzenia, ani tego, w jak bezczelny sposób wchodził do pokoju.

            - Karolu, Karolu! – wrzasnęła, siląc się jeszcze na obojętność. – Ile Ci zawdzięczam spokoju i dobroci. Tak się cieszę, że powiedziałeś tej małej smarkuli, że przyjeżdżają moje kuzynki… Wiedziałam, że jesteś bardzo, bardzo taktowny.

            Mężczyzna uśmiechnął się drwiąco.

            Był postawny, ale nietęgi, jak reszta jego rówieśników i kolegów. Miał blond włosy i zielone, bystre oczy. Jego szyja była wyciągnięta do przodu, jak zazwyczaj, gdy był irytująco pewny siebie i miał ochotę na podroczenie się ze swoją dziewczyną. Miał na sobie niesamowicie wspaniale skrojony garnitur, a na nogach wyglądały idealnie dobrane skarpetki.

            - To nie ja wymyśliłem ten pomysł, Anastazjo. – rzekł miękko, z wymuszonym, amerykańskim akcentem. – To moja siostra, Nina. To ją powinnaś całować, chociaż nie obrażę się, jeżeli zdenerwujesz się z tego powodu i wybierzesz mnie zamiast jej. Nie pogniewam się, ale też jej nic nie powiem.

            - Nie żartuj sobie, Karolu. – zaśmiała się głośno. – Wiem, że to byłeś ty.

            - Och, nie! Znowu próbujesz mi wmówić coś, na co bym w normalnych warunkach nie przystał. – warknął. – Aby nie wzbudzić podejrzeń twojej służby i siostry, zaprosiła także twoje beznadziejne kuzynki. Nie będę przy tym spotkaniu obecny, przynajmniej nie w taki sposób, jaki byś chciała. 

            Anastazja ściągnęła brwi i założyła ręce na boki.

            - Nie, powiedz, że tego nie zrobiłeś! Przyjeżdżasz tutaj raz na kilka tygodni, a potem się okazuje, że będziesz tutaj zaledwie dwa dni..

            - Dwie doby. – poprawił automatycznie, strzepując wyimaginowane pyłki z ramienia. – Doby, bo muszę się gdzieś zatrzymać na noc.

            Dziewczyna podniosła nieznacznie lewą brew i otworzyła nieznacznie usta. Nieczęsto robił jej takie kłopotliwe prezenty – ostatnim razem podarował jej ogromnego owczarka niemieckiego, ale jego można było wytłumaczyć jakoś opiekunom, guwernantce, starszej siostrze i reszcie wścibskiej, aczkolwiek miłej i wspaniałej, rodziny.

            - Masz tutaj zamiar zostać na noc? – powiedziała niepewnie, zaciskając pięści. – Co ja powiem tej małej Victorii, kiedy przyjdzie do mojego pokoju, a tutaj, zamiast porozrzucanych ubrań, znajdzie ciebie? Wyobrażasz sobie, co powie na to moja rodzina? Co powie na to Walkiria, Robert, Mily?

            - To jest twoja służba, kochana. – odparł, podchodząc do niej bliżej. – Oni dostają zapłacone za to, co im mówisz, tłumaczysz. Nie możesz im rozkazać, żeby nic nie mówili, wtedy plotki będą się rozprzestrzeniały szybciej. Natomiast możesz im zapłacić. W końcu jesteś moją dziewczyną, zapomniałaś? – to powiedziawszy, przejechał palcem po jej małym, kruchym nosie. – Mnie się nie odmawia, raczej.

            - Mogę im zapłacić, za to, że tutaj byłeś oraz, że przebywałeś tutaj w nocy. Ale to mi zniszczy reputację! Już nie będę taka delikatna i krucha. Pobliscy chłopi i mieszczanie będą się ze mnie śmiać, wytykać palcami! – krzyknęła i czym prędzej przytuliła się do jego ramienia. – Co zrobię? Nie wyjadę wtedy…

            - Przynajmniej nie będziesz miała kłopotów z zepsuciem się do resztki. Opowiesz, jak miałaś okazję do pojechania do USA i, oczywiście, jak pracowałaś..

             - Jesteś nieznośny, Karol. Powinnam cię wymienić na kogoś innego, zanim wkupiłeś się w moje łaski. – odsunęła się od niego i westchnęła.

            Karol ponownie uśmiechnął się drwiąco i odwrócił się w stronę okna. Nie widział w nim nic urzekającego – nawet zielona łąka, ani jego nowy samochód, ani tamte drzewo, ani zakochana para kilka metrów od domu…Bowiem tego młodego, zepsutego mężczyznę interesowała jedna rzecz, odkąd się urodził – Anastazja. Ją też miał zamiar zepsuć.

            - Wiesz, co mnie w tobie najbardziej pociąga? – zapytał.

            Nie dostał odpowiedzi. Rosjanka wpatrywała się w niego z zadziwiającą obojętnością.

            - Nie, nie wiesz – nie rozumiem, dlaczego milczysz. – rzekł cicho. - Tak trudno ci słuchać, co do ciebie mówię, Anastazjo? – ostatnie zdanie powiedział z naciskiem, jakby chciał wywrzeć na niej presję. Każde słowo zamieniało się w ostrze, przekłuwające jej serce, jakby kamień drasnął ranę i posypał kwasem azotowym.

            - Słucham, Karolu. Wciąż słucham. – odparła niedosłyszalnie i odgarnęła chudą ręką włosy z rozmarzonych oczu. – Nie zignorowałam nigdy żadnego z twoich słów. Nie wątpisz?

            - Nigdy nie wątpiłem. – ciągnął. – Tak więc, lubię w tobie twoje poczucie własnej wartości, granie niewinnej i delikatnej. Chociaż, jak niemal wszyscy chłopcy w okolicy wiedzą, taka nie jesteś.

            Karol, nie zważając na reakcję, lub, w tym wypadku, jej brak usiadł obok ukochanej i chwycił za nieopalone nadgarstki. Przez chwilę, jak zwyczajny mężczyzna, chciał poprosić ją o rękę, ale uznał, ze sytuacja wygląda co najmniej groteskowo. Zamiast tego prychnął głośno i ścisnął mocniej uścisk dłoni.

            - Mógłbyś mnie puścić? – szepnęła arystokratka i zaczęła się wiercić. – Nie lubię, kiedy trzymie się mnie wyłącznie dla swoich korzyści.

            - Ach, Anastazjo. – zaczął swoim beznadziejnie romantycznym głosem. – Doskonale wiesz, ze cię nie puszczę. I wiesz, jakiej oczekuję zapłaty.

            - Zapłaty? – zająknęła się. – Nie mam pieniędzy. – rzuciła głupio.

            Mężczyzna podniósł nieznacznie brew, ale szybko ją opuścił.

            Pocałował ją w policzek i wyszedł.

 

* * * *

  Serce krwawiło jej z rozpaczy, wydzierając co najlepsze spojrzenia z jej pamięci. Zielonooka kobieta patrzyła tępo w przestrzeń, po raz kolejny i wzdychała co trzy, o ile nie dwie, minuty. Kradło jej się najlepsze chwile z życia, pozbawiając widywania się ze wszystkimi koleżankami i kuzynkami. Ominie ją nawet opowiadanie najstarszej Nasturcji o tym, jak pojechała do USA i poderwała któregoś z kolei chłopaka. Ominą ją zastraszająco głupie zabawy i malowanie paznokci oraz nowinki z życia Coco Channel.

 Wszystko przez to, że pokojówka widziała jej, jak o określiła, namiętne pocałunki z Karolem. Naprawdę, żałosne. Wszystko powiedziała guwernantce, która z kolei przekazała wiadomość jej ciotce. Naprawdę, skąd mogła wiedzieć, że impuls, tak, impuls, każe jej pobiec na parter i zacząć go całować? Nawet nie wiedziała, kiedy on zniknął, wychodząc przez okno i machając serdecznie.

            Jej ręce opadały, jakby zaraz miały zamienić się w beznadziejnie ciężki kamień. Łzy cisnęły się do oczu, gdzie nie pomagał nawet napar Roberta ze świeżych truskawek.

skomentuj (5)
Strona główna